Był zimny styczniowy wieczór, ale w Teatrze BOTO atmosfera wrzała. Mimo niewielkiej przestrzeni czuło się niesamowitą swobodę i poczucie otwartości. Zdawało się, że Marcin Bożek nie dyrygował orkiestrą, lecz jedynie wskazywał miejsca, w których muzyka sama raczyła się pojawiać. A ona rozbrzmiewała wszędzie – w dźwiękach, w ciszy pomiędzy nimi, w uśmiechach muzyków i zmarszczonych brwiach tych, którzy wsłuchiwali się, próbując uchwycić to, co ulotne.
Publiczność nie była jedynie biernym słuchaczem – w pewnym momencie dyrygent poprowadził ją, niczym kolejną sekcję orkiestry, wydobywając dźwięki, które stały się częścią utworu. Tego wieczoru skład GIO brzmiał wyjątkowo. Sekcja smyczkowa i akordeon nadawały muzyce nową głębię, a dwa handpany malowały w powietrzu subtelne, hipnotyzujące melodie. Wyraziste głosy i improwizowane teksty współgrały z niepokornymi dźwiękami sekcji dętej, która balansowała na granicy chaosu i precyzji. Sekcja rytmiczna pewnie trzymała puls, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim przemykały kosmiczne dźwięki gitary i szumy samplera, dodające muzyce nieuchwytnej głębi. Liryczne pianino i perkusjonalia dopełniały całość, budując napięcie i podkreślając kontrasty.
To był koncert pełen energii, ale i momentów ciszy oraz skupienia – jakby muzycy i publiczność wspólnie wsłuchiwali się w dźwięki, które dopiero miały nadejść. Muzyka rodziła się tu i teraz, w jednym niepowtarzalnym momencie, a gdy wybrzmiała ostatnia nuta, zdawało się, że jej ślad wciąż unosi się w powietrzu.
To nagranie jest próbą uchwycenia ulotności chwili, zapisem czegoś, co w pełni istnieje jedynie w momencie narodzin dźwięku. Nie odda ciepła powietrza drgającego od muzyki, szmerów splecionych z ciszą, przestrzeni rezonującej emocjami. Ale jest tutaj – by przybliżyć wam choć cień tamtego wieczoru, subtelne echo, które wciąż gdzieś pobrzmiewa.
